niedziela, 19 maja 2019

oczy.

siedzę przed tym pustym arkuszem już jakiś czas i jakoś słowa same nie chcą się wylać.
sama nie wiem, co się ostatnio działo, ale wiem, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie.
mam najwspanialszą mamę na świecie. jest najwspanialszą przyjaciółką, jaką można by było sobie wyobrazić. osobą, której bezgranicznie ufam. osobą, za którą wskoczyłbym w ogień.
mam wokół siebie najwspanialszych ludzi na świecie. moje kuzynki, które są dla mnie jak siostry. moją najlepszą przyjaciółkę, śmiałabym nazwać ją siostrą, z którą może i nie widzę się codziennie, ale zawsze dla siebie jesteśmy, bez względu na wszystko. najwspanialsze przyjaciółki ze studiów, które może i znam trochę ponad pół roku, ale już nie wyobrażam sobie bez nich ani dnia.
najlepszego psiura, jakiego byłam w stanie sobie wyobrazić, w którym też mam najlepszego przyjaciela i kompana.
trafiłam do najlepszej grupy na studiach, która może i czasem jest wkurzająca, ale mimo wszystko lepszej nie mogłabym sobie wyobrazić.
mam wszystkiego pod dostatkiem. oczywiście, zawsze mogłoby być lepiej, ale mam dach nad głową, dostęp do wody, prądu, internetu, jest mi ciepło, mam wygodne łóżko, wszystkiego pod dostatkiem.
spełniam (powoli) moje najskrytsze marzenia. nie boję się krytyki. wychodzę ze swojej strefy komfortu. piszę wiersze, opowiadania, piosenki. planuje podróże, te mniejsze i większe. przygody.
nie brakuje mi miłości. szczęścia. niczego.
a mimo wszystko, nieraz nie jest tak fajnie. nieraz nie chce mi się wstawać z łóżka i jedyne co bym robiła, to spała. nieraz mam w dupie to, że omijam zajęcia i poddaje się. ta dziewczyna, którą widzicie na instagramie czy w prawdziwym życiu nieraz zamyka się w sobie na tyle, że w środku jej całe życie leży w gruzach. i chociaż na zewnątrz się uśmiecha, to w środku ma ochotę umrzeć.
tak właśnie wygląda choroba afektywna dwubiegunowa. nie jest widoczna gołym okiem. zresztą, nie tylko chad, ale wszelkie zaburzenia psychiczne. 
a mimo wszystko, dalej się uśmiecham. dalej zdaje sobie sprawę, że mam wszystko. dalej jestem wdzięczna. dalej piszę wiersze, opowiadania, piosenki. dalej żyję, jakby nigdy nic. ale jest jeden słaby punkt, a kiedy w niego spojrzycie, zasłona dymna znika i widzicie już wszystko: oczy. w oczach widzicie wszystko. trzeba tylko chcieć to widzieć.

nie piszę tego dla sympatii, dla współczucia, czegokolwiek z tej kategorii. chcę, żeby to był taki wake up call - żebyście wiedzieli, że nieraz ludzie są wspaniałymi aktorami - w środku krzyczą, a na zewnątrz jest wszystko w porządku. straciliśmy już wiele cudownych osób właśnie dlatego, że nikt się tym nie przejął - Mac Miller, Avicii, Anthony Bourdain, Kate Spade. obudźmy się. nie chodzi tylko o celebrytów, ale o normalnych ludzi, pomiędzy nami. rozmawiajmy, często. odzywajmy się do siebie, często. ratujmy się nawzajem. każdy ma przecież swoje limity. 

choroby psychiczne istnieją i są poważne, nie są wcale wykorzystywane dla atencji. życie jest ciężkie, trudne, wszyscy o tym wiemy. jedni radzą sobie lepiej, niż drudzy. otwórzmy się na drugiego człowieka, nigdy nie wiadomo, co w nim siedzi. rozmawiajmy. rozmawiajmy. r o z m a w i a j m y!

klaudia

social media:
instagram: @tbkrnk
twitter: @tbkrnk
snapchat: @ksiezniczkac

środa, 15 maja 2019

m e l a n c h o l y

m e l a n c h o l y

nothing. everything. something in between.
the things i'm feeling are just weird.
moving on, yet staying the same.
moving on, yet going back.

feeling all of it again.
the feelings are coming back like an avalanche.
with no warning. it's all back.
all the good. all the bad. all in between.
hits me out of nowhere at the most inconvenient
time. why would this happen? yet again?
when will it be over? will it ever be?

why can't it just leave. just like he did.
why can't it all go away. just like he had went.
why can't it all be behind. just like i left him there.
why can't i start over. just like he began.

do i have to be feeling? are feelings needed for life?
do i have to feel all the bad?
why can't i feel free, just for a while?
why can't i fly away like a bird to the sky?

guess the only thing that's left is to feel.
all the feelings. good. bad. the melancholy.

wtorek, 14 maja 2019

21

Kochani, dziękuję Wam za cierpliwość - od tego chcę zacząć, bo naprawdę to doceniam. Ostatnie dni były dla mnie dosyć ciężkie, skomplikowane, niezrozumiałe, a chyba najgorsze w nich jest to, że były takie bez powodu - po prostu takie był i tyle.

Dlatego też posty nie pojawiały się w terminie - jak zresztą widzicie, po majówce posty miały regularnie się pojawiać, tymczasem jest już tydzień po majówce, a postów jak nie było, tak nie ma i raczej już ich nie będzie. Nie chodzi mi o to, że kończę z blogowaniem, broń Boże, ale nie chcę już nadrabiać tych straconych postów. Ten czas był mi potrzebny, żeby nabrać sił, zrozumieć kilka rzeczy, a teraz jest mój czas na powrót! Więc serdecznie Was wszystkich ponownie witam ♥

Zacznijmy może od tego, że w blogu się coś zmieni! Posty niedzielne będą nadal się pojawiać o 12, bo jest to odpowiednia pora, będę miała czas, by je napisać, więc wszystko powinno się pojawiać, być może z delikatnymi poślizgami, ale jednak w niedzielę! Zmieni się natomiast forma postów #TWMZ - ostatnie pięć postów pisałam jak ze ściągi - zerkałam na poprzedni post i pisałam, wedle wzoru, co mi, osobiście nie odpowiada, więc postanowiłam to zmienić. Nie jestem szczególnie zorganizowaną osobą, więc takie punktowanie, nadawanie tytułów, nie jest mi na rękę - stąd też posty te będą bardziej dłuższą formą pisemną, jak moje pozostałe, co, mam nadzieję, nie będzie Wam przeszkadzać! Poza tym, od czasu do czasu będą się pojawiały wiersze, piosenki, inne dziwne i śmieszne rzeczy, będą wrzucane bez zapowiedzi, zależy wszystko od mojej motywacji, ale też i od tego, czy będę miała wenę! Poza tym, dalej proszę Was o komentowanie, wysyłanie maili, odzywanie się na platformach społecznościowych, bo sama wiedza, że ktoś faktycznie czyta moje wypociny, daje mi mega kopa i motywację do pisania kolejnych. Raz jeszcze, dziękuję Wam za cierpliwość i dziękuję za to, że tutaj jesteście! ♥

A teraz, przechodząc do tajemniczego tematu mojego posta: 21.
Moi drodzy, odzywam się do Was już nie jako 20-latka, ale jako 21-latka! Powiem Wam szczerze, że ja tej różnicy wcale, a wcale nie czuje - gdzieś w głowie nadal mam 12 lat i nic ani nikt tego nie zmieni.
Ale moje urodziny do idealnych nie należały - prawdę mówiąc, były to jedne z najgorszych urodzin w moim życiu. Broń Boże, nie jest to spowodowane samymi urodzinami: pogoda dopisała, goście dobrze się bawili i naprawdę, wszystko szło gładko, ale jest jedna rzecz, która gładko nie poszła - a tą rzeczą było moje nastawienie. Od przedurodzinowego czwartku miałam zepsuty humor - wstałam i nic, ale to naprawdę NIC nie szło po mojej myśli. Pomyślałam, dobra, to jeden dzień, pewnie minie... Jakże się myliłam. Kolejne dni były już tylko gorsze... Dzisiaj mamy pourodzinowy wtorek, a mój humor zbytnio się nie zmienił. Dalej nic mi się nie chcę, dalej nie mam na nic ochoty, dalej nie mam humoru... Nie jest to też spowodowane pogodą, bo uwielbiam pory deszczowe! Po prostu tak czasem w życiu bywa - nie ma się humoru i kropka. Jeżeli cokolwiek chcecie z tego wyciągnąć, wyciągnijcie proszę to, że życie jest, jakie jest. Czasem trzeba popłakać, tylko po to, żeby później wziąć się w garść i zacząć działać - ten krok jeszcze u mnie nie nastąpił. ale jestem pewna, że szybciej czy później nadejdzie i wszystko ponownie zmieni się na lepsze. Poza tym, przecież w życiu nie może być cały czas fajnie - wtedy nawet nie wiedzielibyśmy, że jest fajnie, bo nie mielibyśmy żadnego porównania. Ale, mimo tych ch*jowych humorów, słabych dni, najgorszych chwil, trzeba dalej iść do przodu - życie nigdy nie staje w miejscu, nie ma przerw, to nie jest też próba generalna - to jest premiera, na której trzeba dać z siebie wszystko, jeżeli chce się coś osiągnąć. Bynajmniej ja tak uważam.

Podsumowując poprzedni tydzień i tydzień przed tym, był zaskakujące, dziwne, dziwaczne, a w pewnych momentach zepsute na maxa. Były też oczywiście momenty, które zapierały dech w piersiach i momenty, które chciało by się odtwarzać ponownie do końca życia i o jeden dzień dłużej. Te tygodnie po prostu były podsumowaniem mojego życia - był pełne mnie: od tych najsmutniejszych, przez te OK, aż po te najlepsze. Nic dodać, nic ująć. Były takie, jak ja - (a)typowe 😉

Najważniejsze, czego się w nich nauczyłam, to tego, że życie bywa zaskakujące, ale najważniejsza jest Nasza reakcja - czy poddamy się na pierwszym zakręcie? Czy podniesiemy się z kolan i będziemy przeć dalej? Czy stwierdzimy, że nie warto? Czegokolwiek byśmy nie zrobili, najważniejsze, żeby odpowiedź była zgodna z Nami - nie róbmy niczego dla kogoś, a dla samych siebie. Nie poddawajmy się za łatwo, szczególnie nie przy rzeczach, nad którymi Nam najbardziej zależy. Nieważne, jak wolno, ale ważne, że idziemy do przodu. I z tym Was, moi drodzy, pozostawiam. Trzymajcie się cieplutko i do piątku ♥

klaudia

instagram: @tbkrnk
twitter: @tbkrnk
snapchat: @ksiezniczkac
mail: tabakiernikk@gmail.com

poniedziałek, 6 maja 2019

Tydzień w moim życiu #4 - czyli czy warto wychodzić ze swojej strefy komfortu?

Kochani! Witajcie w (opóźnionym) poście #TWMZ ♥ Nie będzie głębszego rozpisywania na 300 tematów, a od razu wskoczymy do ważnych rzeczy, więc zapraszam do dalszej lektury!

Tydzień #4 - porada #4
Tak samo, jak pisałam w zeszłym tygodniu - ta rada nie wynika tylko z doświadczenia w tym tygodniu, ale w tym tygodniu ponownie zajrzała do mojego życia, temat zresztą był też delikatnie poruszony w zeszłym poście!
Jestem introwertykiem - zdecydowanie bardziej cenie swój własny czas, pracę nad sobą, przebywanie ze sobą, aniżeli w tłumie ludzi, stąd też rada ta jest paradoksem w moim życiu. Nie lubię wychodzić ze swojej strefy komfortu - wolę robić coś, co jestem pewna, że mi się spodoba, przynajmniej tak było do tej pory.
W tą Majówkę, po 4 (lub więcej) latach, w końcu odwiedziłam swoją kuzynkę i pojechałam z mamą do Kudowy Zdrój. To miasto, jak i wszelkie poboczne miasta, a nawet Czechy, niewiarygodnie różni się od mojego rodzinnego miasta - większość ludzi jest serdeczna, uśmiechnięta i czułam się tam, jak u siebie! Widoki były, zresztą i są, przecudowne, atmosfera wspaniała, nic, tylko się przeprowadzać!
Ale moja porada jest taka - wychodźcie ze swojej strefy komfortu! Nie mówię od razu o skoku na bungee, zacznijcie od małych rzeczy - zróbcie coś innego do jedzenia, wsiądźcie do byle jakiego autobusu i po prostu jedźcie przed siebie, albo idźcie przed siebie - założę się, że sprawi Wam to ogromną przyjemność, taką jaką mi sprawił ten cały, cudowny weekend! ♥

Najważniejsze wydarzenie?
W końcu - po 4 latach - odwiedziłam swoją kuzynkę w Kudowie Zdrój! Nie tylko to, ale też po raz pierwszy od 4 lat wyjechałam gdzieś na majówkę, do miejsca, w którym nigdy nie byłam, poznałam ogrom wspaniałych ludzi, zobaczyłam mnóstwo cudownych miejsc i spędziłam naprawdę cudowny czas! Jeżeli jeszcze tam nie byliście, to serdecznie Was tam zapraszam! Nie pożałujecie ani chwili tam spędzonej ♥

Ogólnie rzecz biorąc...
Ten tydzień był jednym z najcudowniejszych tygodni i z bólem serca wyjeżdżałam z Kudowy - gdyby nie uczelniane psiapsie i obowiązki, a także brak pieniędzy, już bym się tam przeprowadzała!

Nowo nabyte umiejętności:
1) Bardziej odnowiona starsza umiejętność - czas z rodziną jest cholernie cenny! Mimo, że wydaje nam się, że jest najmniej ważny, to uwierzcie, że wcale taki nie jest - doceniajmy go, póki go mamy, a nie dopiero wtedy, gdy go stracimy!
2) Razem z chłopakiem mojej kuzynki i moją kuzynką złożyliśmy trampolinę dla siostrzenicy chłopaka - nie było łatwo, popełniliśmy kilka błędów, ale satysfakcja była!
3) Warto walczyć - razem z moja mamą, moją kuzynką i jej chłopakiem wchodziliśmy na Ostas, górę w Czechach - kilka razy miałam ochotę zawrócić, baa, nawet nie zamierzałam tam wejść! A jednak weszłam, przeżyłam i zobaczyłam cudowne widoki!
































Tego tygodnia nie jestem w stanie określić jednym słowem - był szalony, był spokojny, był wspaniały, był taki, jaki był!

Moi drodzy, wychodźcie ze swojej strefy komfortu! Nie będzie łatwo, nie będzie prosto, ale będzie WARTO! ♥

klaudia

social media:
instagram: @tbkrnk
twitter: @tbkrnk
snapchat: @ksiezniczkac

niedziela, 28 kwietnia 2019

Moje ciało - moja świątynia ♥

Witam Was kochani ♥
Od razu tłumaczę, dlaczego post jest opóźniony, a nie o 12, jak Wam obiecywałam: wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że post miał się pojawić już tydzień temu, ale zdecydowałam, że w święta chciałabym poruszyć coś o świętach, a nie o poniższym temacie. Stąd też chciałam go delikatnie zedytować przed dodaniem, jak i dodać kilka nowych rzeczy, bo temat jest bliski mojemu sercu, a moja opinia, jak i wiedza się zmienia, pogłębia. A ze względu na to, że cały tydzień jak zwykle był jednym wielkim pędem, nie było czasu by zrobić to kiedykolwiek indziej, jak w niedzielę. W tą niedzielę akurat byliśmy na rodzinnym obiedzie u mojej kuzynki, więc dlatego post pojawia się dopiero o 19, a nie, jak planowano, o 12. Nie powiem Wam, że takie sytuacje się nie powtórzą, bo życie bywa różne i wszystko się nieustannie zmienia.

Dzisiaj, jak już pisałam, poruszę temat bliski mojemu sercu: o swoim ciele, o akceptacji i wszystkim, co związane z Nami, jako fizycznymi ciałami. Zapoznam Was z moim myśleniem, dietą, i wszystkim, co leży pomiędzy.

Zacznijmy od tego, że zapoznam Was z moim nastawieniem: moje ciało, to moja świątynia. Mam je tylko jedno, więc wybrałam, że zamiast traktować je jak najgorszego wroga i śmiecia, będę je traktować jak swojego najlepszego przyjaciela, do czego, oczywiście, Was wszystkich zachęcam. Z jakiegoś powodu Bóg chciał, żebyście się urodzili w tym ciele, a nie w innym, a więc zgodnie z wolą Bożą, musimy się z tym pogodzić. Żeby nie było tylko po Bożemu, ale dla własnego dobra: po co wstawać każdego ranka, tylko po to, żeby nienawidzić siebie, skoro dużo prościej jest wstać i uśmiechnąć się do swojego ciała i do siebie samego? Więc, żeby było jasne: ja traktuje swoje ciało, jak swojego najlepszego przyjaciela.

Co do diety, to nie stosuje. Nie oznacza to, że nic nie jem, ale po prostu nie nazywam tego dietą, a bardziej stylem życia: brzmi dużo mniej restrykcyjnie i jest w 100% wykonalne. Od września zeszłego roku nie jem mięsa, jem dużo więcej warzyw i owoców, rzadko jadam nabiał i jajka, a w przyszłym roku, a może nawet w tym, zamierzam zagłębić się w weganizm. Aktualnie jestem wegetarianką, czyli nie jem mięsa, ryb, niczego na bazie żelatyny, bulionów mięsnych itp.
Co do dalszej części diety  stylu życia, to jest taki, jaki chcę, żeby był: innymi słowy, nie wiem, czy spotkaliście się z takim stwierdzeniem intuitive eating. Cała filozofia polega na tym, że wsłuchujemy się w potrzeby swojego ciała, czego chce, czego potrzebuje, a nie podążamy za tragicznymi w skutkach dietami. Osobiście, każdego tygodnia robię listę rzeczy, na które mam ochotę: zapisuje przynajmniej 4-5 pomysłów na każdy posiłek, bo doskonale wiem, że niektóre rzeczy są na dwa lub nawet trzy dni, a to ze względu na to, że moja babcia robi sobie obiady sama, a moja mama rzadko jada w domu, tak więc zazwyczaj robię dania na 2-3 porcje, więc jem je dwa lub trzy dni z rzędu. Zaczęłam od zapisywania tylko i wyłącznie obiadów, a potem przeszłam do planu żywieniowego: zapisywałam wszystkie pomysły, od śniadań przez przekąski do kolacji. Muszę Wam powiedzieć, że mi, zabieganemu studentowi, to cholernie pomaga. Szczególnie ostatnio, kiedy mój harmonogram snu jest porozrzucany we wszelkie możliwe miejsca: dla przykładu, w poniedziałek spałam 11 godzin bez przerwy, a we wtorek spałam 4,5 godziny + 2 godziny popołudniowej drzemki. Jak myślicie, byłam bardziej wyspana po tych 11 godzinach, czy po tych 6,5? Jeżeli myśleliście, że po 11, to jesteście w błędzie: dużo lepiej czułam się po 6,5 godzinach snu, nie wiem, co prawda, czemu, ale wiem, że byłam. Dla mnie ta dieta intuitive eating nie polega tylko na słuchaniu swojego ciała podczas jedzenia, ale i na co dzień, każdego dnia, zawsze. Przecież ono wie najlepiej, kiedy jeść, kiedy pić, kiedy spać i co robić: ufam mu bezgranicznie.

Moje dni bywają hektyczne, spokojne, ale wszelkie dni pomiędzy też się znajdą. Poza tym, nie lubię zostawiać rzeczy na ostatnią chwilę, dlatego też wolę rozplanować wszystkie możliwe rzeczy w niedzielę, żeby przez resztę tygodnia móc nie martwić się o posiłki: jak narazie, działa w 100%, polecam serdecznie.

Poza tym, to tak, czasem zjem coś w fast foodzie (nie płacą mi tutaj za reklamę), czasem zjem pizzę, czasem zjem frytki, czasem sobie sama nawet robię zestaw z fast foodu, oczywiście w zdrowszej wersji: burgery z czerwonej fasoli, frytki z batatów, do tego oczywiście woda, a nie żadna cola. Ostatnio zaczęłam robić pizzę na cieście francuskim: ciasto francuskie, przecier pomidorowy, mozzarella, oliwki, pieczarki, papryki, cebula czerwona i oczywiście moja ulubiona rukola! ♥
Moim zdaniem, zdecydowanie WSZYSTKO można zrobić zdrowsze: nieraz robiłam zdrowe ciasteczka, które wymagały jedynie trzech składników (płatki owsiane, banany i gorzka czekolada), chlebek bananowy bez cukru, pizza, frytki, burgery, wrapy: sami wyznaczacie granicę, co można, a czego nie można.

Ale jedna z najważniejszych rzeczy: błagam Was, nie zapominajcie o wodzie! Mówiąc woda, mam na myśli woda, a nie kawa. Tak, jak zalejecie coś wodą, typu kawę, czy herbatę, to to nie liczy się jako woda. Woda, czyli czyste H2O, źródlana, kranówka (która, swoją drogą, NADAJE się do picia w większości miast w Polsce), woda przepuszczona przez filtr (polecam serdecznie butelki polskiej firmy, Dafi), obojętne, musi być woda! Ile? Zależy od Waszej wagi, wieku i, przede wszystkim, możliwości. Linkuje o TUTAJ! ciekawy artykuł, właśnie odnośnie wody: oby Was zachęcił do picia wody - na stronie też 30 (!) powodów, dla których warto pić to nasze H2O!

Widzicie sami, jak wygląda moja "dieta", a z wpisów, Snapów, IG i TT zapewne widzicie, że jestem szczęśliwa! Odpowiem natomiast na pytanie, które pewnie niektórych z Was nurtuje: dlaczego dalej jestem PLUS SIZE?!

Prawda jest taka, że mimo, że jest mi dobrze w swoim ciele i bezgranicznie mu ufam i go kocham, to nie czuję się w nim komfortowo. Zazwyczaj chodzę w porozciąganych ciuchach i legginsach, aby przykryć te dodatkowe kilogramy, co w moim przypadku nie wychodzi, ale nie jest też fajne to, że na każdym możliwym kroku słyszę nieprzyjemne komentarze: w coś się ubrała? mogłabyś mniej jeść! weźże coś innego ubierz! ruszaj się więcej! to tylko delikatne komentarze, które niszczą i pozostają w psychice, dlatego zachęcam każdą osobę do przemyślenia tego typu komentarzy: czy naprawdę są tak potrzebne? Nie spodziewacie się, ale osoby jak ja NAPRAWDĘ mają lustro i widzą to samo co Wy! Wiem, wiem: jakaś nowość! Ogólnie sprawa jest taka: te wszystkie komentarze, to tylko i wyłącznie Wasza opinia, a opinie można wyrażać, nikt Wam tego nie zabroni. Ale warto się czasem zastanowić, czy naprawdę trzeba rzucać takie komentarze: czy sprawią, że osoba, do której kierujecie te słowa będzie miała lepszy dzień? Czy jest to chociaż KONSTRUKTYWNA krytyka? Czy po prostu nieprzyjemny komentarz, który jest w 100% niepotrzebny? W większości wypadków te komentarze są nieprzyjemne, niepotrzebne i zwyczajnie bolą osobę, do której są kierowane. Kolejna ważna rzecz jest taka, że nawet, jeśli osoba chce zrzucić wagę lub już ją rzuca, efekty nie przychodzą od razu, potrzebny jest czas, jak zresztą przy wszystkim, a tego typu komentarze po pierwsze nie sprawią, że efekty przyspieszą, a po drugie osoba ta może pomyśleć, że skoro nie widać efektów, to się nie opłaca tego robić. Dlatego mam dla Was radę: nie rzucajcie niepotrzebnych, nieprzyjemnych i bolesnych komentarzy. I KROPKA. A jeśli dalej Was to nie przekonuje, to zastanówcie się, jak WY byście zareagowali, gdyby ktoś rzucił w Was takim komentarzem - może wtedy zrozumiecie, dlaczego są bolesne.

Swoją drogą zalecam też robić regularne badania lekarskie - krwi i moczu. Mogą pokazać coś, czego się nie spodziewacie i dają naprawdę dużo do ustalenia stylu życia. Ja z bólem muszę się przyznać, że przynajmniej od roku nie byłam na takowych badaniach i nie mam bladego pojęcia dlaczego, ale też nie mam bladego pojęcia w jakim stanie jest moje ciało od środka. Także tu i teraz obiecuję, że jeszcze przed moimi urodzinami na takowe badania się wybiorę!

Swoją drogą, kolejna ważna wskazówka - nigdy niczego nie róbcie dla kogoś! Wszystko, co robicie, wszelkie inicjatywy, muszą wychodzić od Was, nie zmuszajcie się do robienia czegokolwiek, bo tak Wam ktoś powiedział, bo tak wypada itd. - Nie tylko w kwestiach diety, ale i w kwestiach życiowych. Naprawdę, polecam, pomaga!

Na ten temat mam wiele do powiedzenia, ale widzę, żę ten post jest już za długi! Temat pojawi się w przyszłości, nie powiem Wam konkretnie kiedy, bo pojawi sie wtedy, kiedy będę miała motywację, by go napisać!

Dziękuję za uwagę i do zobaczenia za tydzień! ♥

klaudia ☺


social media:
instagram: @tbkrnk
twitter: @tbkrnk
snapchat: @ksiezniczkac

piątek, 26 kwietnia 2019

Tydzień w moim życiu #3 - czyli jak dużo zależy tak naprawdę od NAS!

Kochani, witajcie ponownie na moim blogu! A jeśli jesteście tu nowi, to hejka naklejka, jestem Klaudia i prowadzę bloga, który jest zasadniczo moim pamiętnikiem i trudno go jakkolwiek nazwać. Poruszam tematy, które mnie interesują: feminizm, zdrowie psychiczne, psychologia i wiele innych, według mnie, ciekawych rzeczy, które ciężko mi opisać po krótce, a właśnie raz w tygodniu robię tego typu posty, na który trafiliście teraz: tydzień w moim życiu z pewnym twistem. Jesteście ciekawi tego twistu? To zapraszam do lektury 😊

Tydzień #3 - porada #3
Moja porada nie wynika z doświadczenia w tym tygodniu, ale z doświadczenia w życiu, natomiast ta porada jest ważna zawsze, nie tylko na ten tydzień: wszystko leży w Waszych rękach! Wy jesteście odpowiedzialni za tok Waszego życia! Jeżeli coś Wam się nie podoba, to WY możecie to zmienić - jeżeli nie chcecie czegoś robić, to wcale nie musicie - jeżeli chcecie coś robić, to to róbcie! Jest to co prawda olbrzymia odpowiedzialność, bo Wasze życia, Wasza przyszłość spoczywa w Waszych rękach - to Wy macie kredki do swojej kolorowanki - ale z drugiej strony jest to cudowny dar! Możecie dosłownie zaprojektować swoje życie, jak w Simsach, ale jeszcze lepiej!
Ja od zawsze chciałam pomagać innym, ale od zawsze też chciałam być piosenkarką, artystką i influencerką. Od zawsze ciągnęło mnie do tworzenia nowych rzeczy, nowych projektów, filmików, zdjęć, piosenek, wierszy - i mimo, że chodzę na filologię angielską, którą niewiarygodnie kocham, to wiem, że to nie jest moja ścieżka życia - chcę robić coś zupełnie innego i nikt nie ma prawa mi tego zabronić, właśnie dlatego, że jest to moje życie, moja kolorowanka, moje kredki! Najważniejsze, to się tego nie bać - to jest dar, a nie kara!

Najważniejsze wydarzenia?
Nie wiem, czy o tym wiedzieliście, ale za czasów gimnazjum, może nawet trochę w liceum, bardzo lubiłam śpiewać na wszelkich uroczystościach - w jakiś sposób reakcje tłumów i widok owacji dawało mi poczucie satysfakcji i niewiarygodną radość - nigdy szczególnie się nie stresowałam. Niestety, w gimnazjum podczas jednego z występów pomyliłam się w tekście i od tamtej pory obiecałam sobie, że nie będę śpiewać już nigdy więcej przed publicznością: od tamtego czasu śpiewałam tylko raz na zakończeniu roku w liceum dla klas ode mnie o rok wyżej - od tamtej pory, nic a nic, miałam tremę, bałam się, że to się powtórzy, a nie chciałam popełniać błędów. Proszę, nie naśladujcie mojego zachowania - tamta Klaudia nie wiedziała tego, co wie teraźniejsza Klaudia: KAŻDY POPEŁNIA BŁĘDY, JESTEŚMY TYLKO LUDŹMI! Tak właśnie się uczymy - popełniamy błędy, wyciągamy wnioski i robimy wszystko, by tego błędu już nie popełnić. Ale do czego docieram w tym akapicie: po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu zaśpiewałam - co prawda, nie przed publicznością, a przed telefonem, po czym wstawiłam to na Snapchata (@ksiezniczkac) i zasadniczo o tym zapomniałam, poszłam spać. Następnego dnia obudziłam się do kilku wiadomości i zachwyconych ludzi - to był jeden z najlepszych początków dnia.
W tym tygodniu wyszłam też ze swojej strefy komfortu - od zawsze na uczelni pojawiałam się w legginsach i jakichś bluzach, rozciągniętych swetrach. W tym tygodniu, który trwał trzy dni, dwa razy wyszłam ze swojej strefy komfortu - wyszłam z domu w sukience, a następnego dnia w spodniach, których nie odważyłabym się nigdy wyjść, gdyby nie wsparcie moich przyjaciół. Nawet takie małe rzeczy potrafią zmienić dzień, więc zdecydowanie polecam wychodzenie ze swojej strefy komfortu - nie musicie od razu skakać na bungee, ale zróbcie coś, czego się baliście lub boicie - nie będzie komfortowo, ale będzie warto.

Ogólnie rzecz biorąc...
Ten tydzień był jednym z najkrótszych uczelnianych tygodni, chociaż następny już za rogiem, ale teraz wiem już na 100%, że zamierzam tam zostać, choćby mnie wyrzucali przy pomocy ochrony - to niesamowite, jak ogromne jest wsparcie ludzi, z którymi znasz się niecałe 6 miesięcy, jak bardzo mogą oni zmienić Twój dzień, tydzień, rok, a nawet życie! Ogólnie rzecz biorąc, ten tydzień był jednym z najprzyjemniejszych tygodni, oby więcej takich nadchodziło 😍

Nowo nabyte umiejętności:
1) Nauczyłam się, że może i jest ciężko, ale zawsze, ale to ZAWSZE jest warto walczyć o swoje szczęście, o swoje życie, o swoją przyszłość.
2) Nauczyłam się, że warto wychodzić ze swojej strefy komfortu, mimo krytyki ludzi siedzących całe życie w swojej strefie komfortu - nikt nie ma prawda decydować za niczyje życie.
3) Nauczyłam się grać pewną siebie - nawet jeśli nie czuję się tak w środku, udawana pewność siebie dodaje tej pewności i sprawia, że ludzie patrzą na Ciebie z większym szacunkiem. Kto wie, może ta pewność siebie nie będzie za niedługo udawana, a prawdziwa?

Gdybym miała opisać ten tydzień jednym słowem, brzmiało by ono "wspaniały": mimo przeciwności losu, podnosiłam się i walczyłam o swoje, co spowodowało zmianę w moim rozumowaniu i prawdziwą radość. ♥

W tym tygodniu zachęcam Was po prostu do bycia sobą w świecie, gdzie każdy próbuje się wpasować do danych grup i miejsc - bądźcie sobą, przyciągajcie pozytywne osoby i pozytywną energię, a życie odwzajemni się tym samym!

Miłego weekendu - do zobaczenia wkrótce 😃

klaudia.

social media:
instagram: @tbkrnk
twitter: @tbkrnk
snapchat: @ksiezniczkac

wtorek, 23 kwietnia 2019

Tydzień w moim życiu #2 - czyli jak ważne jest dbanie o samego siebie ☺

Hohoho! Miało się pojawić w weekend, w poniedziałek, a świeżuteńko napisany pościk wita Was dopiero w poświąteczny wtorek! Mam nadzieję, że święta minęły Wam przyjemnie i jesteście pozytywnie nastawieni na nadchodzący tydzień. Bez dalszego pisania o pisaniu, zapraszam na świeżutki pościk "TWMŻ #2"!


Tydzień #2 - porada #2
Ten tydzień był dosyć ciężkim tygodniem. Nie tylko pod względem fizycznym, wiecie, święta bez sprzątania, to nie święta, ale też psychicznym. Nieraz w Naszym życiu zdarzają się sytuacje, które wydawałoby się, że nie są od Nas zależne, ale zdecydowanie są. Nie tylko wszystko zależy od Naszego nastawienia i zastępowania słowa "problem" słowem "wyzwanie" - nieraz przez przemęczenie fizyczne i psychiczne, wszystko może człowieka męczyć i zdzierać z Nas ostatki sił. Dlatego porada #2 może się wydawać naprawdę prosta, ale uwierzcie, że ciężej ją zastosować w praktyce - dbajcie o siebie! Nie tylko pod względem fizycznym - pijcie wodę, jedzcie warzywa i owoce, minimum 8 godzin snu - ale także psychicznym - usiądźcie raz dziennie, porozmawiajcie sami ze sobą, piszcie dziennik, pamiętnik, tak, żeby wiedzieć co się u Was dzieje i dlaczego się dzieje. Nieraz swoją psychiką burzymy i swoje życie! Jeżeli za długo damy się nawarstwiać kłopotom, tym gorzej będzie się nimi zająć! Ale też dajmy sobie czas dla siebie - ja lubię raz na jakiś czas olać szkołę, wyrwać się ze swojej cotygodniowej rutyny i usiąść w kawiarence, zacząć pisać... i pisać... i pisać. Dopóki na sercu nie zrobi się lżej.

Najważniejsze wydarzenie?
Prawda jest taka, że wydawałoby się, że było kilka najważniejszych wydarzeń - świąteczne sprzątanie, przedświąteczny chill - wszystko jest ważne! Ale najważniejsze było właśnie to, żeby znaleźć chwilę czasu dla siebie i po prostu odetchnąć. Pewnego przedświątecznego dnia postanowiłam, że nie pojadę na uczelnię - to znaczy, pojechałam na uczelnię, ale na nią nigdy nie dotarłam - postanowiłam zrobić sobie właśnie dzień dla siebie. "Olałam" jeden dzień w tamtym tygodniu, żeby odskoczyć od cotygodniowej rutyny - zamiast pójść na zajęcia poszłam do pobliskiej Herbaciarni w Sosnowcu, usiadłam z filiżanką yerby i pisałam, pisałam, pisałam... dopóki nie poczułam się lepiej. Wydaje się głupie, doskonale o tym wiem, ale uwierzcie, że jest to pewnego rodzaju katharsis - oczyszczamy się z niepotrzebnych, zbędnych, czasem bolesnych emocji i dajemy miejsce na poczucie nowych - lepszych, milszych, bardziej użytecznych. U mnie zadziałało w 100% - święta były o niebo lepsze!
Poza tym, było kilka mniej ważnych, ale dalej ważnych wydarzeń - znalazłam u siebie na tyle chęci, żeby w końcu pozbyć się ciuchów, które gromadziły się latami w garderobie, ale też na posprzątanie i ogarnięcie nie tylko swojego pokoju, ale i całego domu! Oczywiście, dzięki najbliższym i najbliższej grupie wsparcia, od razu lżej się działało!
Nie tylko to, ale mój sekretny projekt wydaje się całkiem możliwy do zrealizowania, przez co moja ekscytacja naprawdę sięga zenitu! Nie mogę jeszcze, niestety, wiele powiedzieć, dopóki się nie wydarzy, ale wiem, że nie tylko ja jestem pasjonatem tego typu rzeczy w mojej okolicy, stąd też wiem, że prawdopodobieństwo tego, że to się uda, jest dużo większe!

Ogólnie rzecz biorąc...
ten tydzień nie należał do idealnych, ba, daleko mu do takiego, ale też mnie czegoś nauczył! Przede wszystkim tego, że siebie należy zawsze stawiać na pierwszym miejscu, zawsze słuchać swojej opinii i swojego ciała, bo nikt za Nas życia nie przeżyje, nikt za Nas Naszego ciała nie posłucha - a bez ciała żyć się nie da!

Nowo nabyte umiejętności
1) Coraz lepiej idzie mi słuchanie swojego ciała i swoich potrzeb - nie tylko fizycznych, ale i psychicznych. Stawianie siebie na pierwszym miejscu może wydawać się egoistyczne, ale wcale takie nie jest - jest tylko CHOLERNIE ważne!
2) Mój sekretny projekt zdecydowanie ujrzy światło dzienne! Przede mną jeszcze sporo pracy, sporo załatwiania, ale wiem, że niemożliwe nie istnieje i wszystko można wykonać przy odpowiednim wsparciu i motywacji!
3) Przy odpowiedniej ilości snu i odpoczynku, wstawanie o 5 wcale tak nie boli - co więcej, jest całkowicie realne wstawanie nawet wcześniej!
4) Sprzątanie całego domu nie jest wcale takie trudne - przy odpowiednim nastawieniu i odpowiednim odpoczynku, zarówno przed, jak i po, da się zrobić!
5) Pokochałam gotowanie i pieczenie! Spędzanie czasu w kuchni, szczególnie z moją mamą, należy teraz do jednej z najprzyjemniejszych rzeczy!

Jakbym miała ten tydzień opisać jednym słowem, to byłoby to słowo "dziwny" - wydawałoby się, że nic się nie działo, ale jednocześnie stało się tak wiele!

Zachęcam Was do troski i zajęcia się samym sobą - każdego dnia znajdźcie chociaż kilka minut, żeby usiąść i zastanowić się, porozmawiać samemu ze sobą, co wydaje się pewnie głupie, ale jest arcyważne w świecie, gdzie wszyscy biegamy, żeby zdobyć rzeczy, które nie pomogą Nam na dłuższą metę. Zastanówmy się, czy naprawdę warto się przemęczać tylko dla aprobaty tłumu, a czy nie lepiej czasem usiąść, odetchnąć i zająć się swoim życiem.

Dzięki za uwagę i do zobaczenia w weekend! ♥

klaudia

social media:
instagram: @tbkrnk
twitter: @tbkrnk
snapchat: @ksiezniczkac